Poza czasem

Rozmowa z Filipem Gieldonem – reżyserem spektaklu „Szklana menażeria” T. Williamsa

– Wychował się pan w Szwecji, kraju, o którym myślimy, że emocje trzyma się tam na wodzy. Skąd zatem taka fascynacja Tennessee Williamsem – twórcą pełnych podskórnej namiętności utworów dramatycznych?

Filip Gieldon: Nie wiem do końca, czy to jest prawda?… Według mnie Szwedzi to ludzie pełni emocji, z którymi konfrontują się codziennie. Ingmar Bergman, August Strindberg, Lars Norén są mistrzami szwedzkiego dramatu, których trudno posądzać o brak pasji. Tennessee Williams inspirował się Strindbergiem i jego Panną Julią. Natomiast dla Noréna to Williams i Tramwaj zwanym pożądaniem był źródłem twórczości.
Język postaci Williamsa może się momentami różnić, przypominając bardziej poezję niż szwedzki naturalizm, jednak to, o czym Williams opowiada we wszystkich najważniejszych sztukach, to relacje między ludźmi. Stosunki w rodzinach – pomiędzy żonami i mężami, kochankami czy dziećmi – żyjących pod jednym dachem i w czterech ścianach. To tematyka, którą każdy Szwed nie tyle rozumie, co ciągle przeżywa. To przecież nie przypadek, że sztuki Williamsa, tak samo jak dzieła Strindberga, Bergmana i Noréna, nadal są oglądane na całym świecie.

Filip Gieldon - reżyser spektaklu
Filip Gieldon – reżyser spektaklu

– Dlaczego Pana wybór padł na Szklaną menażerię – sztukę z 1944 roku?

Filip Gieldon: Szklana menażeria to jeden z tych wyjątkowych dramatów, które są kompletnie pozaczasowe. Nie ma znaczenia, czy wystawiano go pięćdziesiąt lat temu, dzisiaj, czy będzie wystawiany za kolejne pięćdziesiąt lat. Może być grany i po polsku, i japońsku, w scenografii realistycznej, magicznej czy kompletnie bez. Historia o toksycznej rodzinie, która tak bardzo chce dobrze, ale nie jest w stanie sobie pomóc, jest historią, z jaką wszyscy możemy się zidentyfikować. Jej uniwersalny świat opisany magicznym językiem autora jest nieograniczony jakimkolwiek czasem. Mówi się, że Williams ubiegł swój czas Szklaną menażerią, a ja uważam, że gatunek, który tą sztuką stworzył, memory play, jest niezmiernie fascynujący.

Zdjęcie ze spektaklu "Szklana menażeria", fot. Piotr Kubic
Zdjęcie ze spektaklu „Szklana menażeria”, fot. Piotr Kubic

Kto i dlaczego w Szklanej menażerii jest najważniejszy?

Filip Gieldon: Ciekawe pytanie, choć na pozór banalne. To dramat, gdzie każda z postaci jest niezbędna i kluczowa. Jim jest naszym narratorem, zaprasza do obejrzenia historii. Amanda, matka domu, przez miłość do dzieci tworzy toksyczny świat, który oglądamy. To ona popycha dramat do przodu. Laura – ta niewinna i skaleczona – jest bohaterką, z którą budujemy najintymniejszy kontakt emocjonalny. I jest Jim – osoba z zewnątrz – bez niego nie byłoby dramatu. Najbardziej mnie wzrusza i obchodzi Laura i jej niewinność.

– Reżyserowanie dla pana to…

– Poszukiwanie prawdy – na scenie i w sobie.

Rozmawiała Magdalena Musialik-Furdyna.

Na początku był … Marian Dąbrowski

Gdyby nie Marian Dąbrowski mogłoby nie być Teatru Bagatela…

Wcześniej na rogu Krupniczej i Karmelickiej stała kamienica, którą w 1913 roku zmieniono w restaurację. Miejscem tym zainteresował się znany z działalności prasowej i dziennikarskiej – Marian Dąbrowski, który poza prasą, kochał także teatr. Świadczy o tym m.in. fakt, że w 1916 roku, gdy władze austriackie zabroniły mu kontynuować działalność prasową, zdecydował się na finansowanie emigracyjnego Teatru Polskiego w Wiedniu.

Marian Dąbrowski – założyciel Teatru Bagatela / fot. Archiwum Teatru Bagatela

W 1918 roku postanowił zafundować teatr Krakowowi. Wybór miejsca padł na wspomnianą kamienicę na rogu dwóch ulic. Dąbrowski łatwo przekonał właścicieli ówczesnej restauracji. 5 września 1918 wspólnicy Dąbrowski-Lubelski-Król wnieśli do Rady Miejskiej Krakowa podanie o rozpoczęcie budowy. Uzyskali zgodę i tak oto zaczęły się prace nad tworzeniem budynku przeznaczonego dla teatru wg projektu Janusza Zarzeckiego. Planowano, że powstanie tu teatr rozrywkowy o lekkim i przyjemnym repertuarze. Po roku i licznych perturbacjach architekta z magistratem stanął wreszcie gmach z widownią na 800 widzów.

Wówczas Dąbrowski zaczął rozmyślać nad odpowiednią nazwą dla nowego teatru. Z tej okazji zorganizował spotkanie, na które zaprosił ludzi znanych w mieście z różnych artystycznych talentów oraz dowcipu. Wśród nich znalazł się Tadeusz Boy-Żeleński. Usłyszawszy, co jest przedmiotem spotkania, krzyknął: „Znaleźć dobrą nazwę dla teatru? – Bagatela!” Dąbrowski podchwycił żart Boya. „Jest!” – zawołał – Bagatela!”. Uroczyste otwarcie odbyło się 25 października 1919 roku. Orkiestra grała poloneza Chopina. Zaproszeni goście mogli podziwiać secesyjne wnętrza, urządzone według najbardziej wysmakowanych ówcześnie gustów, w zgodzie z trendami, które promowały największe europejskie metropolie. Wnętrza porównywano do Casino de Paris i Folies Bergère.

Dąbrowski powitał gości słowami: „…ta oto scena powstała w wirze wielkiej wojny (…) z potrzeby przeciwdziałania obniżaniu się kultury artystycznej spowodowanego okropnościami wielkiej wojny”.
W dniu otwarcia gościom przedstawiono pierwszą premierę, którą była „Kobieta bez skazy” Gabrieli Zapolskiej. Warto zaznaczyć, że wybór tekstu był pewnego rodzaju zabiegiem marketingowym. Dąbrowski wybrał tekst do niedawna zakazany cenzurą, doskonale zdając sobie sprawę, że wywoła tym skandal purytańskich środowisk. Tak też się stało. O nowym teatrze i jego pierwszej premierze zrobiło się w mieście głośno, a strażnicy moralności nic nie wskórali.

Takie były początki Bagateli. Pomysłodawca, Marian Dąbrowski, pięć lat po rozpoczęciu działalności teatru wycofał swoje udziały. Nie spodziewał się zapewne, że teatr ten doczeka swoich setnych urodzin, które przypadają w 2019 roku.

Tekst: Patrycja Babicka, zdjęcia: Archiwum Teatru Bagatela

Żyd – dodatek do rzeczywistości

Rozmowa z Andrzejem Błażewiczem – reżyserem „Żyda” Artura Pałygi i Pawłem Sablikiem – dramaturgiem

Paweł Sablik, Andrzej Błażewicz / fot. Piotr Kubic

– Zabrali się panowie za sztukę, która jak żaden inny polski tekst sceniczny podejmuje najgorętszy temat ostatnich tygodni, czyli temat wspólnej, trudnej – a przecież wielowiekowej – historii polskiego i żydowskiego narodu.

Paweł Sablik: Jesteśmy młodymi ludźmi, dla których np. Marzec ‘68 jest naprawdę historią z podręcznika, ale realizując Żyda, chcieliśmy te trudne tematy opowiedzieć właśnie z perspektywy osób urodzonych w latach 90-tych. Mając na uwadze i szanując wszelkie wskazówki, refleksje i podpowiedzi, którymi dzielili się z nami aktorzy podczas prób, chcemy zabrać głos pokoleniowy w tej sprawie. Nie możemy być obojętnymi w stosunku do dyskusji, która przetacza się przez Polskę.

Andrzej Błażewicz: Kiedy opowiadałem, nad czym pracuję, wielu znajomych pytało: dlaczego ten tekst, ten temat? Tym pytaniom towarzyszyła zazwyczaj konstatacja, że przecież ów problem został tysiące razy przepracowany i już wszyscy wszystko wiedzą. Z naszej – mojej – perspektywy to założenie jest fałszywe. Zwłaszcza jeżeli myślę o równolatkach. Być może nasi rodzice dysponują narzędziami do tego, aby świadomie rozmawiać o Zagładzie. Niestety dla młodych takie hasła jak Auschwitz i Holokaust to tylko mętne pojęcia, które niewiele znaczą. Są często jedynie dodatkiem do rzeczywistości szkolnej wycieczki do Krakowa i okolic. Giną gdzieś między Wawelem a Wieliczką. Nie wspominając o trudnej historii powojennej: sytuacjach, które dziś nie poddają się jednoznacznej ocenie moralnej ze względu na różne czynniki, wybrakowane relacje świadków czy niekompletne źródła historyczne. By przywołać tylko dyskusje wokół Jedwabnego czy pogromu kieleckiego.

PS: Wyszliśmy z założenia, że nasz Żyd nie ma być żadną umoralniającą i edukującą sztuką. Ma skłaniać do refleksji, ewentualnie zachęcić do poznania przynajmniej jakiejś części historii.

AB: Młody człowiek, nawet jeśli nie chce samodzielne konstruować swojej świadomości historycznej, jest zanurzony w wielu narracjach, które są mu dane jako pewien pakiet uproszczeń, gotowych schematów. Zależy nam na tym, żeby po Żydzie widz – nawet jeżeli wewnętrznie sprzeciwi się spektaklowi – postarał się skonfrontować z problemami, tematami, o których może usłyszał po raz pierwszy.

Od lewej: Paweł Sanakiewicz, Michał Kościuk, Małgorzata Piskorz, Wojciech Leonowicz, Dariusz Starczewski / fot. Piotr Kubic

– Artur Pałyga napisał ten dramat, opierając się na zabiegu sportretowania myślących stereotypami, szablonowych nauczycieli.

AB: Pod wpływem prób i pieczołowitej dramaturgicznej pracy Pawła bardzo mocno zaingerowaliśmy w pierwotny tekst. Wciągnęliśmy sztukę Pałygi w rejony, które nie były początkowo oczywiste. Nie chcieliśmy kompromitować bohaterów, lecz ich uwiarygodnić, by słowa padające ze sceny nie były jedynie łatwo identyfikowalnym żartem, ale zabrzmiały niebezpiecznie znajomo i prawdziwie.

PS: Podjęliśmy decyzję, że nie będziemy zacnego grona pedagogicznego ośmieszać, dlatego ściągnęliśmy z postaci pewne elementy farsowe, pozostawiając zabawnymi konkretne sytuacje, które pracują na drugą część spektaklu. Zależało mi – jako dramaturgowi – by bohaterowie byli ludźmi z krwi i kości: i mądrzy ,i śmieszni, głupi i poszukujący, zagubieni i potrzebujący.

– Mówią panowie: „my”, „postanowiliśmy”, podjęlibyśmy się”. Od kiedy tworzą panowie twórczy tandem?

AB: Mit założycielski naszego duetu jest taki, że poznaliśmy się podczas konsultacji przed egzaminami do Akademii Teatralnej. Rozjechaliśmy się do domów, a potem spotkaliśmy pierwszego dnia roku akademickiego. Jesteśmy na tym samym roku, w tej samej grupie; ja studiuję reżyserię, a Paweł specjalizację dramaturgiczną. Połączyło nas podobne patrzenie na szczerość w teatrze, szczerość wobec widza i wobec siebie oraz sztuki, którą chcemy razem tworzyć.

PW: Interesuje nas świat, który niesie ze sobą metaforę i pogłębione postrzeganie różnych zagadnień. Mnie dodatkowo pociągają rzeczy ostre i dotkliwe, historie, które ocierają się o teatr polityczny. To wbrew pozorom nie wyklucza tego, co powiedział Andrzej. Ta moja perspektywa jest inną ścieżką dochodzenia do wspólnego autentyzmu w sztuce.

AB: Wzajemne zaufanie, jakim się darzymy, pozwala nam na swobodny podział obowiązków w pracy przy spektaklu.

– Są panowie bardzo młodymi twórcami teatralnymi. Mam wrażenie, że praca nad Żydem – poza oczywistą robota reżyserską i dramaturgiczną – jest też dla panów czasem poznawania wszelkich aspektów teatralnej machiny.

AB: Studiowanie w krakowskiej Akademii Teatralnej nauczyło nas, że trzeba umieć walczyć o swoje. Prace egzaminacyjne to często partyzantka w której musisz ogarnąć milion rzeczy naraz. Tutaj – w Teatrze Bagatela – mamy zapewniony pełen komfort pracy. Nieoceniona pomoc Magdy Gródek, czyli asystentki i inspicjentki spektaklu, pozwoliła nam skupić się na twórczej pracy. Obdarzono nas, bądź co bądź prawie debiutantów, bardzo dużym zaufaniem.

PS: Nikt nachalnie nas za rękę nie prowadził, ale na wsparcie mogliśmy liczyć z każdej strony.
Czego nauczyli się panowie podczas pracy z kolegami?

AB: Trzeba słuchać, rozmawiać, analizować i nazywać . W efekcie ci, którzy u zarania pracy byli nastawieni i do tekstu, i do całego spektaklu sceptycznie, stali się naszymi sojusznikami. To dla nas niewątpliwy sukces.

rozmawiała Magdalena Musialik-Furdyna

Piotr Różański – Nie mam czasu żałować

– Mikoszówka, w której się pan urodził, jest bardzo daleko od Krakowa.

– Oj daleko. To Pojezierze Augustowskie. Mikoszówka jest uroczym miejscem położonym nad Kanałem Augustowskim. Wracam tam co roku na spływ kajakowy.

– I w tej niewielkiej Mikoszówce zapragnął pan zostać aktorem?

fot. Piotr Kubic
Piotr Różański jaki Grabarz w Hamlecie, reż. M. Sobociński, 2010

– A gdzie tam. W ogóle nie myślałem o takim zawodzie – aktor. W Augustowie, do którego wraz z rodziną przeprowadziliśmy się, kiedy miałem siedem lat, ukończyłem pięcioletnie Liceum Pedagogiczne. Tego rodzaju licea wówczas uprawniały do podjęcia zawodowej pracy. Proszę pamiętać, że to były lata powojenne i nauczyciele byli bardzo potrzebni. W naszym liceum uczyli świetni profesorowie, absolwenci Uniwersytetu Lwowskiego i Wileńskiego, którzy do Augustowa trafili po wojnie. Ich erudycja i ogromna wiedza dawały nam solidne podstawy edukacyjne. W liceum także poza standardową nauką mieliśmy zajęcia z chóru, był prowadzony też zespół taneczny i teatralny, bo nauczyciel miał być wszechstronnie wykształcony.

W tamtych czasach po ukończeniu szkoły obowiązywał nakaz pracy. Trochę obawiałem się, że mogę wylądować Bóg wie, jak daleko, w jakiejś małej szkółce. A w Augustowie, w Powiatowym Domu Kultury, był wakat instruktora artystycznego. Ponieważ w mieście jako licealista występowałem z chórami szkolnymi i zespołami tanecznymi, trochę się komuś rzuciłem w oczy. W związku z tym Powiatowy Dom Kultury wystąpił z prośbą do kuratorium, by mnie skierować do pracy właśnie u nich jako instruktora. Pracowałem tam dwa lata, a potem czekało, mnie wojsko, do którego oczywiście nie chciałem iść. A od wojska „reklamowało” podjęcie studiów. Nie bardzo wiedziałem, na jakie to studia zdawać. Trochę już byłem rozleniwiony tą „artystyczną” pracą w domu kultury i nie bardzo miałem pomysł na siebie. Zupełnie przypadkiem ktoś podsunął myśl o szkole teatralnej.

Parę wierszyków umiałem, coś tam zaśpiewać potrafiłem, po liceum wiedzę teoretyczną posiadałem, no to pojechałem do Warszawy. I tak jakoś się dostałem do warszawskiej Szkoły Teatralnej.

Mateusz, Bieryt, Piotr Różański i Jakub Bohosiewicz w spektaklu „Cesarz Kaligula” w reżyserii Ingmara Villqista, 2017 r.

– Za pierwszym razem?

– Ano za pierwszym. I muszę powiedzieć, że ja pewnie wówczas nawet nie bardzo wiedziałem, że jest na przykład Szkoła Teatralna w Krakowie. Rejterowałem przed wojskiem i rejterada była udana. To było najważniejsze.

Nigdy, ani wtedy ani dziś, nie czułem się nawiedzonym artystą. Zresztą wówczas ta szkoła w żaden sposób nie uprawniała, by tak się czuć. To była wybitna szkoła zawodu, bo aktor to był zawód, a nie misja. Miałem umieć robić określone rzeczy, miałem po prostu nauczyć się rzemiosła. Uczono nas wiedzieć; co to jest scena i jak się na niej zachować.

To, czy student jest „artystą” par exellence, czy tylko będzie wykonywał zawód w sposób „techniczny”, było sprawą każdego z osobna. Artyzmu nikomu do głowy i duszy się nie wleje.

– Pięćdziesiąt lat na scenie to piękny jubileusz.

– Nie wiem. Jak tego nie czuję. Nie pamiętam. Nie żyję tym. Przeszło, minęło. Mnie interesuje to, co jest dzisiaj.

fot. Piotr Kubic
Bogdan Grzybowicz, Piotr Różański i Wojciech Leonowicz w „Procesie”, w reż. Waldemara Śmigasiewicza, październik 2008

– Myślę, że dlatego pan tak to postrzega, bo cały czas pan pracuje. Nieledwie miesiąc temu była premiera „Mefista” Klausa Manna w reżyserii Michała Kotańskiego, w którym pan gra. Poza tym tytułem można pana zobaczyć jeszcze w siedmiu innych sztukach wystawianych w Bagateli. Ich rozpiętość gatunkowa jest niebywała: szekspirowski i czechowowski dramat, angielska farsa, spektakl dla dzieci i niemiecka tragifarsa.

– To fajna sprawa ten płodozmian i wielość ról w moim wieku. Pewnie dlatego nie czuję specjalnie tego jubileuszu. Oczywiście, że doświadczam, zwłaszcza fizycznych, ograniczeń, ale nie są one na tyle intensywne, by utrudniały mi w wykonywaniu zawodu. Na pewno moja umysłowa kondycja jest zadowalająca i stąd wciąż jestem, że tak to określę, „w dużej robocie”. To mi daje niesłychaną energię.

– Trochę pan czaruje tymi ograniczeniami fizycznymi. Szczupły, wysportowany, sprawny. Zna pan wielu siedemdziesięcioparolatków w takiej formie?

– Tak się zdarzyło. Na tym pewnie też polega trochę mojego dzisiejszego aktorskiego szczęścia. Ponieważ reżyserzy wiedzą, że jak na swoje lata jestem sprawnym mężczyzną, skrzętnie to wykorzystują w spektaklach. Potem mną koledzy poniewierają po deskach na przykład w takim „Hamlecie”.

fot. Piotr Kubic
Marek Litewka, Piotr Różański, Jan Szurmiej i Krzysztof Bohenek podczas próby spektaklu „Skrzypek na dachu” w reżyserii Jana Szurmieja, kwiecień 2003

Myślę, że na tę moją – ogólnie rzecz ujmując – niezłą kondycję wpływa to, że po pierwsze czuję się potrzebny, a po drugie, że w pracy spotykam wyłącznie młodych ludzi, od których mogę czerpać energię. Nie rozmawiam o chorobach, nie rozmawiam o żadnych starczych rzeczach. Wciąż staram się z przyjaciółmi mówić o tym, co jest dziś i co jest do zrobienia jutro. Owszem, odpuszczam już teraz bankieciki. Chciałoby się posiedzieć, ale znając konsekwencje dnia następnego, wolę zniknąć odpowiednio wcześniej, choć kaca nie miewam z natury rzeczy.

– Lubi pan swoją jedną z pierwszych ról – ChopKaw iwaszkiewiczowskim „Lecie w Nohant”.

– Premiera „Lata” miała miejsce w 1968 roku w teatrze w Słupsku, do którego zawędrowałem po szkole teatralnej namówiony przez cudownego Andrzeja Ziembińskiego. Reżyserował tę sztukę Jerzy Burski. To był bardzo dobry spektakl, a mnie zdaje się, że udało się zagrać interesującą rolę. Chyba dosyć sugestywnie, bo jedna ze studentek, która pisała pracę magisterską o muzyce Chopina, podesłała mi ją do zrecenzowania. Nie wiem, czy uwierzyła, że jestem Fryderykiem, czy w ten sposób chciała na siebie zwrócić uwagę? W każdym razie opowiadam tę historię, by oddać atmosferę, jaka panowała wokół tego przedstawienia. Byłem wtedy bardzo młody, a sukces „Lata” utwierdził mnie, że dobrze zrobiłem, ucząc się tego zawodu.

– Po Słupsku przyszedł czas na Katowice.

– Z Katowic mam same kapitalne wspomnienia, które można podsumować w ten sposób: bardzo dużo ciekawych ról i intensywnej pracy. Teatr Śląski zawsze będzie miał szczególne miejsce w moim sercu. Te dobre wspomnienia zawdzięczam i dyrektorowi Górkiewiczowi, i temu, że poznałem w Katowicach moją koleżankę, a do dziś serdeczną przyjaciółkę, Alę Kobielską, oraz temu, że zobaczyłem, jak teatr tworzą nie tylko aktorzy i reżyserzy, ale również zespół techniczny. Akurat ten w Katowicach cały pochodził ze Lwowa. Ci ludzie znali doskonale teatr, wiedzieli, czym się go je, a był on dla nich istotnym współpartnerem. Techniczni w Śląskim przygotowali mi godne przyjęcie. Na starannie zaścielonym gazetami stole pojawiła się masa alkoholu. To był piękny gest, który tkwi mi do dzisiaj w pamięci.

fot. Piotr Kubic
Z próby spektaklu „Ślub” W. Gombrowicza w reżyserii W. Śmigasiewicza, kwiecień 2003, Alicja Kobielska, Tomasz Kot, Piotr Różański

– À propos pamięci, zdarzyło się panu zapomnieć, ale tak straaaasznie zapomnieć tekstu na scenie?

– Tak. Katowice. Fredro. Zostałem poproszony o zastępstwo Gustawa w „Ślubach panieńskich”. Pierwsza scena z Radostem, wracam niby z birbantki, poszły już pierwsze teksty i w pewnym momencie: dziura. Ale tak absolutna dziura, że wiem, że nic mnie nie uratuje.

fot. Piotr Kubic
Piotr Różański i Magda Grąziowska w spektaklu „Żeby cię lepiej zjeść” w reż. Piotra Waligórskiego

Tadek Szaniecki, z którym występowałem w tej scenie, próbuje mi podpowiedzieć tekst, ale ja w ogóle nie chcę tego słyszeć, co on mi tam szepcze. Schodzę ze sceny. Jak wszedłem, tak wychodzę w połowie sceny. Tadek trzyma mnie za kostium, żebym nie wyszedł, prawie się ze mną szarpie. Wydawało mi się – jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – że trwa to całymi latami. A potem nagle wszystko z powrotem zaskoczyło i zaczęliśmy grać. Spoceni byliśmy obaj.

Ksiądz wybrany, też kibic – spektakl „My w finale 2014”, reż. I. Jera

– W Teatrze Bagatela gra pan 41 lat.

– Już tyle?! Właściwie nie zauważyłem, że to taki szmat czasu. Może dlatego, że wciąż tu się coś dzieje? Ciągle dzieją się nowe rzeczy, i nowi dyrektorzy, i nowi reżyserzy, coraz to nowe role, nowi koledzy… Nie podejrzewam, że aktor może się nudzić w teatrze. Nie ma na to czasu. W teatrze jest zawsze piękny czas.

– Żałuje pan czegoś?

– Jest parę rzeczy, które mnie ominęły, ale nie mam o to do nikogo pretensji. Sam sobie to spartoliłem. Co? To zostanie moją słodką tajemnicą. Ewentualnie mogłoby coś być inaczej, ale też nie jestem pewien, czy by było lepiej. Chwała Bogu, nigdy nie miałem czasu na żałowanie.

Rozmawiała Magdalena Musialik – Furdyna

fot. Piotr Kubic
Karolina Chapko, Piotr Różański, Ewelina Starejki w spektaklu „Lot nad kukułczym gniazdem”, reż. Ingmar Villqist

 

W 2019 roku minie 55 lat kariery artystycznej Piotra Różańskiego, aktora, który od 1974 związany jest z Teatrem Bagatela. Absolwent warszawskiej PWST, na swoim koncie ma około dziewięćdziesiąt ról teatralnych, nie licząc występów w filmie i telewizji.

Więcej informacji:

https://www.bagatela.pl/aktor/piotr-rozanski