„Jeśli dodasz za dużo do gara, to nie zjesz tego z taką przyjemnością, jak wtedy, gdy jest w sam raz” – rozmowa z Markiem Boguckim

Do której grupy należysz – do tych, którzy nadal się boją pandemii, czy tych, którzy powoli zapominają, że nadal jest?

Marek Bogucki: Staram się być przezorny, nie kusić losu. Nadal, jeśli to możliwe, unikam ludzkich skupisk. Także obowiązkowo noszę maseczkę, mam płyn do dezynfekcji w samochodzie. Poważnie podchodzę do sytuacji, bo przecież nie wiemy, jak naprawdę jest.

Gdzie byłeś i co robiłeś, gdy dostałeś wiadomość o tym, że od teraz izolacja?

MB: Jak dla wielu moich kolegów z Bagateli, tak i dla mnie marzec był czasem dużej aktywności zawodowej. W teatrze grałem jeszcze dzień przed jego oficjalnym zamknięciem. Gdy się okazało, że to się dzieje naprawdę, nie ukrywam – trochę to przeżyłem.

Bałeś się?

MB: Tak. Głównie o rodziców, z którymi mam bliską więź. Oczywiście z perspektywy czasu wiem, że uległem wówczas trochę wszystkim medialnym i panicznym akcjom, typu kupowanie makaronu na przyszłe lata (śmiech).

Dobry chociaż?

MB: Szczęśliwie się złożyło, że w makaron dobrze zainwestowałem. Jest smaczny!

A czy pandemia dała Ci coś, co oceniasz pozytywnie, poza makaronem oczywiście?

MB: Dała mi czas na przemyślenia. Mogłem się zastanowić bardziej niż wcześniej nad tym, w jaki sposób żyję, jakie jest moje podejście do planety, na ile przyczyniam się do jej degradacji.

I co zrobiłeś lub zrobisz, żeby ratować planetę?

MB: Chodzi o umiar, o świadomą rezygnację z pewnego naddatku, niepotrzebnego przepychu. Przyzwyczailiśmy się do bycia konsumentami planety, którzy zaspakajają swoje przyjemności, bardzo rzadko zastanawiając się nad globalnymi konsekwencjami takich jednostkowych postaw. Ale gdy pomyślimy, że są nas miliony konsumujących, a planeta jedna i nie tylko dla nas, robi się poważnie. Żeby dołożyć cegiełkę do ochrony środowiska, zdecydowałem się ograniczyć zakupy oraz całkowicie zrezygnować z mięsa. Cała moja rodzina świetnie przyjęła ten pomysł. Troska nie tylko o siebie, ale także o Matkę Ziemię.

Szanuję. Tym bardziej, że takie decyzje nie zawsze są łatwe. Mówię to jako wnuczka rzeźnika, która też kiedyś uwielbiała mięso.

MB: No właśnie o to chodzi. Że proces produkcji mięsa za bardzo oddalił się od natury. O to, że dawniejszy, rytualny ubój dziś zmienił się w produkcję śmierci. Zmieniła się też kuchnia, która często za bardzo ingeruje w przyrodę, chronione gatunki itd. Ja preferuję kuchnię prostą – im prościej, tym lepiej. Np. lubię chleb z oliwą i pomidorem. W ogóle rzadko ostatnio wychodzę poza cukinię i buraka.

Ale przyjmujesz je w tej samej postaci czy różnych?

MB: Oczywiście, że różnych. Wiesz, jakie jest bogactwo przepisów na cukinię i buraka? Poza tym stawiam na jakość warzyw, więc większość produktów kupuję na różnych bazarkach. Mieszkam z dala od miasta, więc mam dostęp do dóbr prosto od polskiego chłopa i bardzo to sobie cenię. Tyle że rzeczywiście asortyment jest raczej stały – marchewka, pietruszka, cebula, burak, sałata, ogórek, pomidor. Coś pominąłem?

Cukinię.

MB: Cukinia też jest! O, i ziemniak! Tyle.

To teraz już nie odpuszczę. Proszę o pyszny przepis z tych warzyw.

MB: Ależ proszę. Warzywa należy pokroić i zmieszać. Zapiec lub ugotować. To są moje autorskie pomysły. Jako artysta kulinariów polecam jednak wersję pieczonych warzyw. Właściwie wszystko zapiekam. Bo wszystko da się zapiec (śmiech).

Zwykle jesteś aktorem zajętym (bo teatr, bo serial, bo film). Jak sobie poradziłeś z nudą?

MB: Rzeczywiście dwa miesiące nudy i nicnierobienia dało się zauważyć. Zająłem się porządkowaniem wspomnień. Zaczęło się od tego, że z okazji ślubu i wesela córki przeglądałem domowe archiwum zdjęć i wideo, żeby zrobić jej w prezencie wspominkowy film. Przy okazji więc obejrzałem całe lata naszego życia zarejestrowane na VHS-ach. Zgrywanie tego i przerabianie na inną technologię było problematyczne. Choć podróż piękna – od początku życia moich dzieci. Materiałów jest cała masa, dostałem kamerę po zdaniu matury, ponieważ byłem wówczas pasjonatem tego typu sprzętów. Nagrywałem egzaminy w szkole aktorskiej, imprezy. Teraz muszę w tym posprzątać, zdigitalizować, a to masa pracy. Ale wzruszającej i przyjemnej.

Co jeszcze robiłeś?

MB: Gdy było można, jeździłem na wycieczki rowerowe nad Wisłę, obok Otwocka. Oglądałem też filmy i czytałem książki, ale nie sięgałem po dzieła katastroficzne. Szukałem w kinie i literaturze ukojenia, a nie dodatkowego doła, dlatego chętnie czytałem biografie, np. bardzo ciekawa o Roaldzie Amundsenie. Dzięki niemu udało mi się zapuścić gdzieś na dalekie bieguny, gdzie nie ma koronawirusa.

Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że artystom dostało się po kieszeniach, ale przez to, że ograniczono życie towarzyskie, mają też mniejsze wydatki?

MB: Trudno się nie zgodzić (śmiech). Ale wiesz, te atrakcje typu restauracje, siłownie i inne – nazwijmy to miejsca rozrywki, na które wydajemy pieniądze w bezpiecznych czasach – były zamknięte nie tylko dla artystów. Można więc twierdzić, że niektórzy (choć pewnie nieartyści) poczynili wręcz oszczędności.

Wróćmy jeszcze do tego, że zawodowo od początku swojej kariery rozkładasz siły na teatr, film i serial. To są jednak różne formy. Czy któraś z nich jest Ci bliższa od innych?

MB: Myślę, że przez to, że trudno mi się było zdecydować na jedną formę aktorstwa, wszystkie traktuję tak samo poważnie i mam do nich jednakowo gorące serce. To się wzajemnie uzupełnia. Co prawda, nie zagrałem w serialu ani w filmie nic wielkiego, ale w całym tym zbiorze aktywności jest wielka różnorodność. Każda z ról, nawet małych, to wejście do jakiegoś świata i inne bodźce dla aktora. W teatrze trzeba dać z siebie na tyle ekspresji, by dotrzeć do widza z ostatniego rzędu. Rolę teatralną buduje się wcześniej i na scenie ją niejako wyraża. Z kolei gdy stoisz przed kamerą, tę emocjonalną prawdę musisz pokazać dużo bardziej oszczędnymi środkami. Oczywiście są to też pewnego rodzaju uproszczenia, ale mniej więcej mowa o różnicach tego typu. Jedna i druga odsłona zawodu aktora wiąże się z dyscypliną. Stojąc przed kamerą, trzeba umieć współgrać ze światłem. Skupienie jest wyższe, bo z całym szacunkiem do teatralnego widza, oko kamery jest bardziej czujne. Podsumowując, odnoszę wrażenie, że bardziej przydaje się doświadczenie filmowe w teatrze niż odwrotnie.

A masz jakieś marzenia aktorskie?

MB: Nie wiem, czy nazwałbym to marzeniem, ale na pewno chciałbym się spotkać z Wojciechem Smarzowskim, z którym miałem przyjemność poznać się przy Klerze. To taki typ reżysera, który nie leci szablonami. Lubię reżyserów, którzy wnikliwie obserwują aktora, słuchają, podejmują z nim dialog na temat roli itd. Z reżyserów, którzy podobnie pracują w teatrze, przychodzi mi teraz na myśl Waldemar Śmigasiewicz. Z nim też chętnie spotkałbym się na nowo w pracy.

A marzenie o pracy z reżyserami, z którymi się jeszcze nie spotkałeś?

MB: To chyba Strzępka i Demirski, chętnie też popracowałbym z Klatą. Był taki czas, że oni dużo działali w Starym i pamiętam, że chodziłem tam oglądać ich spektakle non stop. Świetne przedstawienia też widziałem w TR Warszawa z Warlikowskim na czele. Poza tym pewnie jest tego więcej, ale na razie tyle przychodzi mi do głowy.

Przed Bagatelą nowe życie. Jakby od Ciebie zależało wykreowanie jej na nowo, to jak ją widzisz?

MB: Atutem Bagateli zawsze były dobrze zagrane komedie i farsy. Widziałem wiele spektakli z tego gatunku w innych miejscach Polski. Zacząłem na nie jeździć, bo miałem sporo zastrzeżeń do tych naszych (także do siebie), chciałem zobaczyć, porównać. Wracałem zwykle miło zaskoczony, bo z tego porównania wychodziło, że wygrywamy. Oczywiście można by zmienić w nich wiele, ale to, co jest największą wartością naszych fars, to gra aktorska – zdyscyplinowana robota, oparta na konkrecie.

Jak w naszym nieśmiertelnym Maydayu, w którym Wojciech Pokora ustawił aktorów niemalże na partyturze?

MB: Tak. Dokładnie. Fajnie, jakby od czasu do czasu ktoś spojrzał na to, co robimy po premierze z farsami. Idealnie byłoby, gdyby reżyser mógł wpaść co 3-4 miesiące, żeby nas skontrolować – czy trzymamy się zamysłu, czy nie nadgrywamy, bo o to w farsie bardzo łatwo. Po sobie wiem, że gdy gram już coś po raz enty, ciągnie mnie do tego, żeby zrobić coś śmieszniej, lepiej, a to przeważnie nie jest dobre. Lepiej, gdy dążymy do prostoty i oszczędności w środkach wyrazu. Wracając do pytania o Bagatelę, to właśnie siłą jej była i – mam nadzieję – będzie komedia. Ale ważne jest też to, że każdy z nas aktorów tego teatru lubi od czasu do czasu popracować nad czymś głębiej – pochylić się nad Dostojewskim, Szekspirem…

Od tego była i nadal jest Scena na Sarego 7. Czyli chciałbyś, aby nowa Bagatela była podobna do tej, którą znasz?

MB: Częściowo na pewno tak. Przydałoby się więcej muzyki, ale nie multiplikowałbym nieskończonej ilości form teatru. Z moich doświadczeń (z gotowaniem chociażby) wynika, że lepiej mieć mniej produktów lepszej jakości niż odwrotnie. Więcej nie znaczy lepiej. Jeśli dodasz za dużo do gara, to nie zjesz tego z taką przyjemnością, jak wtedy, gdy jest w sam raz.

Czyli, nawiązując do Twojego ulubieńca Smarzowskiego, najlepiej gdy coś jest „złote, a skromne”?

MB: O dokładnie tak (śmiech). Żartuję oczywiście. Złota powinno być nieco mniej jednak, żeby nie raziło w oczy. Najlepiej kiedy będzie go umiarkowanie.

A który z Bagatelowych spektakli jest Twoim ulubionym?

MB: Był. To Wujaszek Wania Śmigasiewicza. Eh, piękna to była podróż… W zupełnie inny świat. Patrzyłem z zachwytem na kolegów, gdy potrafili wydobywać z siebie te oparte na cieniutkich niteczkach emocje. Słuchaliśmy się bardzo na scenie. To było aż namacalne. Tęsknię za takimi spotkaniami na scenie. Ze spektakli z aktualnego repertuaru chętnie zagrałbym Czego nie widać w reż. Macieja Wojtyszki. Jesteśmy tam bardzo czujni na siebie. Bo to trudny spektakl, częściowo oparty na precyzji, a częściowo na improwizacji. Ale nie uda się tego zagrać bez skupienia. Od tego zależy tempo, a przez to jakość tego przedstawienia.

A gdybyś miał powiedzieć coś ważnego widzom, to powiedziałbyś…?

MB: Poszukujmy w sobie. Na zewnątrz jest zbyt wiele odpowiedzi. Te właściwe kryją się w nas. Czas pandemii to dobry moment, by to dostrzec.

Dziękuję za rozmowę.  

Z Markiem Boguckim rozmawiała Patrycja Babicka.