„Świat musiał stanąć, żebyśmy zaczęli się przyglądać temu, co zwykle jest na wyciągnięcie ręki” – rozmowa z Kamilą Klimczak

Zacznę od piosenki. Co Ci w duszy gra? Czy pandemia wpłynęła jakoś na Twoje muzyczne „ja”?

Kamila Klimczak: Na każde wpłynęła. Pandemia trwa kilka miesięcy, ale ja szczęśliwie jestem w trybie działania. Mieliśmy już dwa kabarety w Piwnicy pod Baranami i jeden koncert piosenek międzywojennych. W kontekście tego wszystkiego sam temat był ciekawym odniesieniem do rzeczywistości. Poza tym cieszę się, że mogłam już wyjść na scenę. W kabarecie kontakt z publicznością jest tak samo ważny jak w teatrze, więc tego w czasie izolacji najbardziej mi brakowało. Z drugiej strony cieszę się, że udało mi się usłyszeć w czasie siedzenia w domu wiele wspaniałych koncertów i spektakli muzycznych z całego świata, które udostępniano czy streamingowano w Internecie.

Co oglądałaś?

KK: Na przykład 25-lecie Upiora w operze w Royal Albert Hall z obecnością samego A.  Lloyda Webbera, gdzie na końcu wystąpili wszyscy odtwórcy głównej roli, czy Jesus Christ Superstar na stadionie i wiele innych widowisk, do których nie było wcześniej dostępu w takiej formie. Jeśli się nie widziało na żywo, to nie było jak. Teraz zostało nam to umożliwione i pewnie dzięki dobrom kultury tego typu mogliśmy przeżyć tę pandemię.

A nie miałaś przesytu kontaktu z ekranami zamiast z ludźmi?

KK: Miałam. Chęć na oglądanie sztuki w Sieci się wyczerpuje. Kontakt ze sztuką na żywo – nie.

To kiedy pojawiła się tęsknota za żywymi?

KK: Nie od razu. Akurat przed zarządzeniem zamknięcia nas w domach miałam zasłużone wolne, bo mnie często zdarza się żyć w jakimś szaleńczym pędzie i do tego w podróżach – jakieś dwa tygodnie między W’ariacjami pożądania, które zagrałam w pierwszej połowie marca a Śmiercią pięknych saren, na których granie pod koniec miesiąca wszyscy się cieszyliśmy. Miałam wtedy potworny głód czytania i właściwie robiłam to non stop. Dlatego, gdy zaraz po tym wybuchła pandemia, już byłam nasycona wolnym. Nie spodobało mi się to, że muszę je przedłużyć. Zwłaszcza że czekało na mnie wiele wspaniałych projektów. Planowałam z siostrą rozpoczęcie prac nad międzynarodowym, sefardyjsko-musicalowym przedsięwzięciem, z hiszpańskimi muzykami, próby miały odbywać się w Madrycie. Bardzo to było obiecujące, ale koronawirus pokrzyżował te plany. I niestety wiele innych. Teraz czuję, że powoli wracamy do nowej normalności, bo przecież jarzmo wirusa wciąż nad nami wisi.

Mocno odczuwasz wiszące jarzmo?

KK: Tak, wiesz sama, jak to jest. Ludzie sztuki mają specyficzną konstrukcję psychiczną. Oderwani nagle od pracy kreacyjnej mogą lekko wariować (śmiech). Powodem jest zbyt wiele wyobraźni. Nagle wszystko odbiło się od ściany. Cały świat stanął w miejscu i w obliczu konsekwencji, których nie znaliśmy, z wizją katastrofy i śmierci trąbionych w mediach. Ludzkość sparaliżowana, nie ma gdzie uciec. Do tego katastrofy ekologiczne, łącznie z naszymi płonącymi Biebrzami. To było wstrząsające.

Paraliżowało Cię?

KK: Mnie może mniej. W chwilach kryzysu przełączam się na tryb „działanie i pomaganie”. I myślenie, że na pewno inni mają gorzej. Tym bardziej, że rzeczywiście mieli. Jeśli człowiek żyje, nie umarł i ma jakieś oszczędności i z jego bliskimi jest wszystko okej, to taki czas staje się momentem, kiedy – chcąc nie chcąc – musi połączyć się ze swoją bazą, z samym sobą. Takie „Dzień dobry, wstaję, jestem”. Jako że pochodzę z Łodzi, większość mojej rodziny jest stamtąd. Zostałam więc odłączona od jakichkolwiek kontaktów z bliskimi. Święta spędziliśmy w trybie online. Gdy odblokowano pociągi, pierwszą moją aktywnością było pojechanie do domu rodzinnego. Wtedy też pierwszy raz pomyślałam, że damy radę. Mimo to mam wrażenie, że cała ta sytuacja zmieniła w ogóle paradygmat rzeczywistości.

Co się zmieniło w Twoim patrzeniu na świat?

KK: Doświadczyłam teraźniejszości, w której nagle wszyscy w tym samym momencie znaleźli się w tym samym punkcie. Zostaliśmy sobie tylko my. Niby jedyną pewną rzeczą w życiu jest zmiana, ale większość z nas lubi się trzymać swoich przyzwyczajeń, bo to daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Ale to, jak pandemia trafiła w nas, artystów, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nagle okazało się, że nie wiadomo, czy ta nasza praca, sztuka, i wszystko, co umiemy i robimy zawodowo od lat, jest komukolwiek potrzebne, jeśli ludzie nagle nie mają środków na to, by przetrwać. Paradoksalnie zaś, właśnie sztuka i możliwość obcowania z nią nawet przez Internet dały nam poczucie, że nie jesteśmy sami, że możemy nadal przeżywać i wyrażać też dobre emocje. Doceniłam też wartość mocno zbudowanych więzi z bliskimi mi ludźmi. Był to czas, by nasycić się tym do cna.

Udało Ci się skonfrontować ze sobą bardziej niż wcześniej?

KK: Tak, wcześniej takie momenty pojawiały się w chwilach ekstremalnych, jak śmierć bliskiej osoby. Sam świat mimo naszych osobistych tragedii mimo wszystko trwał. Był naszą opoką. To my byliśmy na chwilę w zatrzymaniu, ale na zewnątrz wszystko toczyło się normalnie. Nawet jeśli to wydaje się okrutne, to jednak wszystko trwało w jakiejś względnej, znanej nam harmonii. Że to, co trudne i smutne minie, bo przecież życie ciągle gdzieś jest i trwa. A nagle okazało się, że taki sobie żyjący swoim życiem świat nie jest żadną opoką. Wszystko może się w sekundę zmienić. Wtedy jestem tylko ja i drugi człowiek. Tu i teraz. I wtedy widać, jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni, jak bardzo od siebie zależymy. Inna myśl, która często mi towarzyszyła, to kruchość życia i jego niekończący się głód. Niezależnie od tego, ile mamy lat, nie chcemy umierać. Nawet jeśli wcześniej byliśmy niezadowoleni ze swojego życia, nagle w obliczu jego niepewności chcemy żyć za wszelką cenę. Ale mam wrażenie, że bez momentów zatrzymania jak ten, rzadko doświadczamy autorefleksji na tak głębokim poziomie.

Szukałaś spokoju w muzyce? Czego słuchałaś?

KK: Dużo oper, musicali i koncertów. Sięgałam po realizacje, które były przygotowywane profesjonalnie, z użyciem odpowiedniego nagłośnienia, kamer. Cenię jakość w tego typu odbiorze, a nie wszystko, co Sieć proponowała w tym czasie takie było.

A teatr? Lubisz doświadczać go przez ekran zamiast rampy?

KK: Jeśli jest to realizacja przygotowana do oglądania w ten sposób, to tak, ale dla mnie teatr jest przede wszystkim wymianą energii. Zamykamy się razem z widzami w jednej przestrzeni, dzielimy się historią, oddychamy jej powietrzem.

Za którą swoją Bagatelową sztuką tęsknisz najbardziej?

KK: Za Śmiercią pięknych saren w reż. Jana Szurmieja, ponieważ to piękny spektakl, którym się jeszcze nie nasyciliśmy i którego jeszcze „nie wygraliśmy”, czyli zagraliśmy go jeszcze za mało razy przed publicznością. Wróciłabym też do komedii, do Najdroższego, Pomocy domowej… No i oczywiście za Kotką na gorącym blaszanym dachu i Szaleństwami nocy. Ale niezależnie od tytułu najbardziej tęsknię za tym momentem stania za kulisami, za ściskiem w żołądku przypominającym o tym, że już zaraz się zacznie i za tym momentem, gdy wszystko zaczyna płynąć swoim rytmem kilka sekund po komunikacie naszych szanownych „inspicjencji”: „Uwaga, zaczynamy!”. Brakuje mi tego bardzo. Mam wrażenie, że nam aktorom odebrano tlen. Zostaliśmy nawet bez respiratora.

Angażowałaś się czy angażujesz się w projekty, które swój finał mają w Internecie?

KK: Tak, dla naszego teatru czytałam Komediantkę i bajki dla dzieci, wzięłam udział w przygotowaniu #hot16challenge. Poza tym pomagałam przetrwać księgarniom, które też miały ciężko w ostatnim czasie. Nagrywałam dla nich czytania online. Starałam się również nie przesypiać okazji, które się nagle pojawiły. W ten sposób udało mi się zostać stypendystką Kultury w Sieci. Wspólnie z moją przyjaciółką przygotowujemy wideo-performans, bazujący na tekstach Becketta. Nagle moi ulubieni twórcy wrócili do łask – Ionesco, Pinter, Beckett (śmiech). Piwnica pod Baranami, w której zespole jestem od lat, na zaproszenie Akademii Sztuki w Szczecinie zrobiła wspólne domowe (tzn. każdy w swoim domu) nagranie piosenki Marka Grechuty – Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, nomen omen. Również brałam w tym udział. Wszystko to były bardzo ciekawe doświadczenia, uczące przełamywania kolejnych barier – również technicznych. Cudowne też było to oczekiwanie na efekt łączący we wspólnym dziele twórców, którzy do jego realizacji nie musieli się spotkać, a nagle wszyscy śpiewają razem.

Tyle aktywności wymieniłaś, że zastanawiam się, czy pytać Cię o nowe umiejętności czy pasje z czasów pandemii.

KK: Udało mi się znaleźć też czas, by zająć się tym, co zawsze chciałam, a brakowało mi czasu. Mam na myśli zgłębienie tajników różnych ciekawych sposobów żywienia i zachowania zdrowia, np. gotowania wg pięciu przemian, czyli jednej z podstaw chińskiej medycyny. Już była wiosna, więc powoli pojawiały się kolejne ulubione warzywa, można było poszaleć z przepisami. To dla mnie prawdziwa alchemia żywienia. Teraz się w tym już nie tylko odnalazłam, ale i rozgościłam. No i przyznam się po cichu, że od jakiegoś czasu zajęłam się masowaniem. Mam profesjonalny stół i od roku rozwijam się w tej nowej dziedzinie.

Wow. Gdzie można zamówić Twoje usługi?

KK: Nigdzie (śmiech). To są moje pasje, póki co zarezerwowane dla najbliższych. Nie uczę się tego w celach zarobkowych, choć kto wie, co mnie jeszcze w życiu spotka? Na razie jest to jedno z moich alchemicznych odkryć. Interesują mnie zagadnienia dotyczące właśnie ciała i jego naturalnych predyspozycji do zdrowia, jego kontaktu z naturą i kosmosem. Brakowało mi spacerów, dotykania „stopą i dłonią” wiosny budzącej się do życia. Obserwowałam drzewo z okna dzień po dniu i widziałam, jak się zmieniało. To było niesamowite.

Zauważyłam, że u niektórych naszych aktorów nastąpiło masowe zainteresowanie piekarnictwem, a u innych pogłębiły się zainteresowania dendrologiczne.

KK: U mnie jedno i drugie. A kasztanowiec, o którym wspomniałam, jest moim najbliższym sąsiadem. Wystarczy wyjść na balkon, by dotknąć jego liści. Ale jak mówiłam, świat musiał stanąć, żebyśmy zaczęli się przyglądać temu, co jest zwykle na wyciągnięcie ręki. Żebyśmy mogli widzieć proste piękno.

Myślisz, że można powiedzieć, że największą wartością aktualnego czasu jest fakt, że ludzie uruchomili w sobie te obszary emocjonalne, których wcześniej nie uruchamiali albo robili to rzadko?

KK: Tak. Na pewno. Widzę to po sobie, a myślałam, że już i tak jestem wyjątkowo emocjonalna.

A w jakich barwach widzisz przyszłość naszego teatru?

KK: W jasnych. Choć mamy za sobą trudny czas, wierzę, że najgorsze za nami. Kocham Bagatelę i nie chciałabym, aby jej główna linia repertuarowa została zmieniona, ale na pewno warto coś poprawić i dołożyć. Dla mnie formą, o którą można by uzupełnić nasz repertuar, jest piosenka, zwłaszcza że mamy do tego wspaniale przygotowany zespół. Nasz hot16challenge nie powstałby w takiej formie w kilka godzin, gdyby nie siadła do tego ekipa ludzi, która zna się na muzyce. A tutaj ty pisałaś tekst w rzeczywistym czasie naszego spotkania, my od razu poddawaliśmy linie melodyczne, rozkładaliśmy to na głosy, a Artur Sędzielarz komponował muzykę. Takich rzeczy nie robi się zwykle w jedno popołudnie, a daliśmy radę i efekt się bardzo podoba. Życzyłabym sobie więcej takich projektów. Ten pokazał, że chcieć to móc.

Jak myślisz, dlaczego to się udało?

KK: Bo była pełna współpraca. Nikt nie forsował na siłę swojego zdania. Wszyscy myśleliśmy głośno i stawaliśmy się dla siebie wzajemnie inspiracją. Dostałam dużo feedbacku nawet od ludzi spoza branży teatralnej – wiem, że udało nam się poruszyć odbiorców. Może ponieważ przedstawiliśmy w nim naszą prawdziwą rzeczywistość i ból związany z tym, co się dzieje. Poza kreacją była tam po prostu nasza prawda. Np. to, że wszyscy stanęli do nagrania w swoich ubraniach, a nie w kostiumach, bez scenicznego makijażu, już było znaczące i inne od wszystkich wcześniejszych doświadczeń stania na scenie.

A nie masz wrażenia, że stworzyliśmy zaklęcie, które właśnie się realizuje?

Masz na myśli zdanie „Pierwszych nas zamknęli, ostatnich otworzą”? (śmiech)

Zgadłaś.

Zastanawiałam się nad tym, ale doświadczenia kilku teatrów i miejsc kultury pokazują, że przedwczesne otwarcie może być zgubne. Dlatego skoro już tyle wytrzymaliśmy, poczekajmy na najwłaściwszy i bezpieczny moment.

Zanim to nastąpi, poproszę Cię o kilka słów do widzów. 

Warto doceniać bliskość relacji. Ale pandemia też pokazała, że ludzie żyją częściej przeszłością lub przyszłością. A nasze życie jest tu i teraz. Nie gubmy go na co dzień. Dlatego gdy już to wszystko minie i poczują Państwo, że muszą iść do teatru, to proszę to zrobić. Nie odkładajmy teatru na później. Niczego nie odkładajmy na później.

Dziękuję za rozmowę.

Z Kamilą Klimczak rozmawiała Patrycja Babicka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *