„Pozbawić aktora sceny to jakby ptakowi odciąć skrzydła” – rozmowa z Anną Rokitą

Za nami już 60 dni bez teatru. Jak Ci z tym?

Anna Rokita: Cudownie (śmiech). Oczywiście żartuję. Bardzo tęsknię za graniem. Pozbawić aktora sceny to trochę tak, jakby ptakowi odciąć skrzydła. Na szczęście nie odczuwam paniki, nie cierpię z powodu wyobcowania. Na szczęście mamy Internet, media społecznościowe i możemy się komunikować ze sobą. Trudno mi sobie wyobrazić izolację bez tego.

I pewnie bez książek, filmów i muzyki?

AR: Przypomniałaś mi moją nauczycielkę wiersza ze studiów. Nieustannie powtarzała, by czas, kiedy aktor nie ma ról, wykorzystać na tzw. dopełnianie siebie. Czasem aktorzy mają długie przestoje. Wtedy ważne, by mentalnie nie zdziadzieć, ćwiczyć umysł, wyobraźnię. Aktor może mieć czas, że gra dużo, a potem nagle nic albo mniej. I właśnie dla mnie ten czas zawsze był na książki, muzykę, filmy. A także na bycie teatralnym widzem. Aktor do swojej pracy, nawet tej, która dopiero ma nadejść, musi mieć skąd czerpać. Także aktualnie dopełniam siebie i cicho wierzę, że niebawem nadejdzie chwila, gdy będę mogła dać ujście temu wszystkiemu na scenie.

Przyznasz, że jest trochę dziwnie – puste miasta, marazm, odosobnienie. Czy w literaturze, po którą sięgasz w tym czasie, jest coś, co nawiązuje klimatem do tego, co dzieje się wokół?

AR: Oczywiście. Gdy tylko kazali nam zostać w domu, niemal od razu całą rodziną, zaczęliśmy oglądać filmy katastroficzne i o klęskach żywiołowych. Szukaliśmy nawet kluczem słowa „epidemia” w tytule. I myślę, że zobaczyliśmy z tej kategorii wszystko.

Polecasz coś szczególnie?

AR: Serial „Pandemia”. Bardzo przypomina to, czego doświadczamy aktualnie. A z książek z całego serca polecam „Bastion” S. Kinga. To wspaniała, wielka literatura. Wielka też dosłownie, bo ma ponad tysiąc pięćset stron. Ale jest tak napisana, że gdy tylko rano otwierałam oczy, musiałam przeczytać choć kilka stron.

Czemu sięgasz akurat po taką tematykę? Coś ci to daje? Uspokaja Cię?

AR: To świetny punkt odniesienia do rzeczywistości. Pojawia się powód do zastanowienia, co ja bym zrobiła na miejscu bohaterów, doświadczających kryzysu, na który nie byli gotowi. Te wszystkie książki i  filmy pokazują też coś innego, według mnie bardzo istotnego, mianowicie długofalowe skutki katastrof, jej następstwa. To, co dzieje się teraz, to dopiero fala uderzeniowa, pierwszy etap. Kryzys dopiero przed nami. Jeśli wierzyć narracjom o pandemiach, to największe zmiany zachodzą w świadomościach ludzi. Oczywiście fikcja literacka często przekracza realizm, straty są często tak wielkie, że aż nieprawdopodobne, fantastyczne. Ale w rzeczywistości również możemy wiele stracić.

A ty już coś straciłaś z powodu koronawirusa?

AR: Poza kasą? (śmiech)

I poza tym, że nie stoisz codziennie na scenie. Coś duchowego, emocjonalnego?

AR: Myślę, że odwrotnie. Póki co, wiele mi ten czas dał. Pozwolił mi poukładać w głowie. Pieniądze są tym, co pozwala nam czuć się na co dzień w miarę bezpiecznie. Większość z nas ma dzieci, kredyty. W obecnej sytuacji ilość materialnych problemów, która dotyka nasze środowisko, jest kolosalna. Ale jest przestrzeń na to, by się zastanowić nad tym wszystkim. By poszukać rozwiązań. Czuję, że ogarniam.

A o czym śnisz?

AR: Ostatnio miałam dziwny sen. Spotykam na spacerze jakichś dwóch panów, którzy do mnie machają, ale ignoruję ich i idę dalej. Potem jestem już w domu, ktoś dzwoni. Okazuje się, że to właśnie ci panowie. Mówią, że coś dla mnie mają. Poza mną w mieszkaniu jest tylko mój przyjaciel i też aktor, Michał Kościuk. Panowie wręczają mi jakiś kluczyk i próbują się dostać do środka. A ja nie chcę ich wpuścić i jestem zła na Michała, że mi nie pomaga. Oni za wszelką cenę chcą wejść, bo niby muszą ten kluczyć włożyć do jakiejś kłódki. Zostawiam więc Michała, żeby plecami trzymał drzwi i idę szukać tej kłódki. W końcu ją znajduję i się budzę.

Emanacja tęsknoty za kolegami z pracy czy podświadoma niezgoda na zamknięcie?

AR: Nie wiem, ale bałam się. Taki mały horror. Ciekawe też, że teraz mam sny, bo nie za często je miewam.

A jest jeszcze coś, co robisz, czego nie robiłaś wcześniej?

AR: Tak. Piekę chleby.

Czyli ty też… To jaki jest przepis na najlepszy chleb według Anny Rokity?

AR: To jest tajna receptura, połączenie przepisów Jagody Pietruszkówny i Kajtka Wolniewicza, aktorów z Teatru Ludowego.

Czyli aktorzy w czasach pandemii  masowo pieką chleby?

AR: To jest super. Mam nadzieję, że już zawsze będę piekła chleby. Mało tego! Dziś przyszła mi grzybnia truflowa do hodowli boczniaków. Zamierzam uprawiać je na balkonie. Tuż obok 30 sadzonek truskawek, które już tam stoją.

 

Widziałam w Internecie, że grasz na ukulele. To też Twoja nowa umiejętność, prawda?

AR: Umiejętność to za wiele powiedziane, ale tak umiem już dwie piosenki na cztery chwyty. Co ciekawe, obie piosenki są na te same chwyty (śmiech). Ale szczerze powiedziawszy, to marzę, żeby sobie pośpiewać. Najbardziej chciałabym zaśpiewać znów „Pitawal”.

A poza „Pitawalem”, do których swoich ról w Teatrze Bagatela najbardziej tęsknisz?

AR: Bardzo chciałabym zagrać też „Układ”, wyreżyserowany u nas przez Michała Kotańskiego. Lubię ten spektakl i tematy, jakie podejmuje. Pociągające jest dla mnie wnikanie w kryzys osobowości Ediego. Florence, którą gram w tym spektaklu, to rola, z którą lubię za każdym razem na nowo się mierzyć. Zmieniam się, dojrzewam i mam wrażenie, że jest to dla mnie za każdym razem nowe wyzwanie. Teraz po pandemii, mam znów inne spojrzenie na nią. Dlatego pogrzebałabym w niej chętnie na nowo.

A nie pośmiałabyś się razem z widzami komedii?

AR: Pewnie, że tak. Uwielbiam grać „Pomoc domową”. To doskonała komedia i mam w niej też super towarzystwo na scenie. No i wiem, że widzowie również ją kochają.

Na początku pandemii Internet stał się chwilo miejscem prezentacji ekspresji twórczej wielu aktorów. A potem, po wielkim boom, nagle jakby ucichło i cichnie coraz bardziej. Myślisz, że może chodzić właśnie o fizyczny brak widza?

AR: Na początku kwarantanny faktycznie ludzie przenieśli się twórczo do Internetu, ale mam wrażenie, że ta obecność szybko zmęczyła obie strony, zarówno twórców jak i odbiorców. I to jest ta pozytywna strona mojego zawodu. Ludzie tęsknią do bliższych kontaktów. Potrzebujemy siebie na wzajem. I jest to potrzeba niemalże fizyczna. Dajemy radę na miesiąc czy dwa odseparować się i oczywiście człowiek wiele zniesie. Ale tęskno, oj tęskno…

No właśnie, a za czym najbardziej? Za próbami i tworzeniem nowych rzeczy, za kontaktem z publicznością?

AR: To jest złożone. Tęsknię za wszystkim po trochu, ponieważ to są zupełnie różne przeżycia. Marzą mi się próby wznowieniowe. Wszystko jedno do czego. Chcę wreszcie spotkać koleżanki i kolegów z Bagateli.

A gdyby nagle weszło rozporządzenie, że możemy wracać, ale pod warunkiem, że gramy w maseczkach?

AR: Myślę, że dałoby się grać w przyłbicach, bo widać w nich twarz. Jeśli taki byłby warunek powrotu do teatru, to ja jestem za. Zwłaszcza, że to też mogłoby być ciekawe. Wymagałoby nowego spojrzenia, kreatywności. Bo nie wszystko da się zagrać tak samo w maseczce, jak i bez. Np. scena pocałunku wymagałaby nowego pomysłu. Myślę też, że wszyscy by zrozumieli konieczność dokonywania takich zmian.

A wiemy, że aktorzy są szczególnie odporni na zmiany.

AR: Są ich nauczeni. To też element specyfiki tego zawodu, ponieważ gramy często np. trzy różne spektakle dziennie. Musimy zmieniać się jak kameleony, nie tylko zewnętrznie, ale też psychicznie. Np. koledzy rano grają bajkę, w której są dziećmi, popołudniu farsę, a wieczorem poważną sztukę – dajmy na to – o samotności.

Samotność, izolacja, niepewne jutro – czy w swojej aktorskiej karierze, na scenie, byłaś kiedyś w takim świecie? Byłaś bohaterką, która zmagała się z taką historią?

AR: W „Barbello” w reż. Małgorzaty Bogajewskiej wszyscy byliśmy zamknięci w czyśćcu, stojąc w kolejce, w oczekiwaniu na coś, co ma się dopiero wydarzyć. Tak samo w „Tacie” mamy do czynienia ze światem, w którym ludzie żyją razem, a jednak gdzieś tam każdy jest wewnętrznie samotny.

Ojej, naprawdę tęsknię za tym starym światem, za teatrem i widzami.

Masz jakieś przesłanie dla nich?

AR: Po pierwsze życzę nam wszystkim więcej uważności na siebie i na to, co dokoła. Dobrze by było, gdybyśmy wyciągnęli z tej sytuacji jak najwięcej wniosków. Bo mam wrażenie, że tak już wyeksploatowaliśmy naturę, że ona zaczyna się buntować. No i, drodzy widzowie, jak to wszystko się skończy, wracajcie do nas. Przeżywajmy razem, bawmy się, śmiejmy się i płaczmy razem.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Z Anną Rokitą rozmawiała Patrycja Babicka

Nieustająca droga

O koncepcji i pracy nad spektaklem „Ostatnie 300 metrów” mówi Bartek Kulas – reżyser przedstawienia

„Ostatnie 300 metrów” to opowieść o życiu prywatnym i zawodowym
himalaistki i alpinistki, Wandy Rutkiewicz. Jako pierwsza Europejka,
stanęła na Mount Evereście, najwyższym szczycie Ziemi, a także jako
pierwsza kobieta na świecie – zdobyła szczyt K2. Spektakl jest próbą
odtworzenia jej ostatnich chwil życia, które od 25 lat owiane są
tajemnicą.

Wanda Rutkiewicz na 1. planie wraz z rodzeństwem, bratem Michałem i siostrą…. – strzela z łuku /zabawa dzieci/, Wrocław ok. 1948 r., Zdjęcie udostępnione przez Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie

W spektaklu towarzyszymy Wandzie w finalnym etapie zdobywania
ostatniej góry, w drodze na szczyt Kanczendzongi. Jak powszechnie
wiadomo, Wanda nigdy nie powróciła z tej wyprawy. Nigdy też nie
znaleziono jej ciała, dlatego oficjalnie została uznana za zaginioną.
Ostatni radiowy kontakt z Wandą miał miejsce 300 metrów przed
szczytem. Będziemy towarzyszyć jej w tych ostatnich chwilach
wyprawy.

Jej życie prywatne nierozerwalnie łączy się z górami, ale poza
realizacją kariery wspinaczkowej, Wanda doświadczyła także wielu
trudnych momentów w życiu osobistym. Z pewnością także i te
chwile pomogły jej z determinacją podchodzić do zdobywania
kolejnych szczytów.

Wanda Rutkiewicz w Tatrach 1972-1973.
Przed chatą Téryho, Dolina Pięciu Stawów Spiskich 1972r., fot. Stefania Egierszdorff /alpinistka/. Zdjęcie udostępnione przez Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie

Spektakl posiada trzy poziomy rzeczywistości, przeplatające się ze
sobą. Pierwszy to ten dosłowny, mierzalny – odcinek drogi ku
szczytowi. To obraz człowieka mierzącego się samotnie z górą, gdzie
dominuje wysiłek fizyczny. Drugi – to poziom mentalny – miejsce
dostępu do najintymniejszych myśli bohaterki. Dzięki tej sferze
możliwe będzie poznanie historii, wydarzeń, które ukształtowały ją
jako człowieka. Teraz, tuż przed „końcem”, najważniejsze obrazy z jej
życia ożywają i snują opowieść, której Wanda jest narratorem i
odbiorcą. Trzeci poziom to „droga” między światami, doświadczenie
graniczne, dotarcie do końca wyprawy zwanej życiem. To przejście na
drugą stronę.

Wanda Rutkiewicz w Tatrach 1972-1973 z Janem Holnickim – wspinaczka na Kazalnicę, fot. Stefania Egierszdorff /alpinistka/. Zdjęcie udostępnione przez Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie

Wraz z autorkami tekstu Magdaleną Zarębską-Węgrzyn i Patrycją
Babicką pracowaliśmy w ten sposób, aby jak najpełniej oddać
spontaniczność i nawet pewien chaos myśli. Dodając detale, dygresje,
skojarzenia i szczegóły tworzyliśmy trudny do opisania język umysłu.
Przy tym przedstawieniu miałem znów okazje pracować ze
wyjątkowymi twórcami. Jestem reżyserem filmowym. Ze świata filmu
zaprosiłem do współpracy wspaniałą kostimografkę Gosię Chruściel
oraz wybitnie utalentowanego kompozytora Łukasza Pieprzyka. Lidia
Olszak jest dla mnie aktorskim odkryciem. Epizodycznie zagrała w
moim ostatnim filmie. Tutaj prezentuje ogromny wachlarz emocji,
którymi potrafi „dotknąć” najdelikatniej.
Ponieważ życie Wandy Rutkiewicz było nieustającą drogą, Lidia
Olszak przez całe przedstawienie idzie. Chcę by odbiorcy/widzowie
wręcz fizycznie doświadczyli i współuczestniczyli w ostatnich
arcytrudnych 300 metrach.
Bardzo ważne dla mnie jest, aby historia ta, przy całym ciężarze
trudnej biografii Wandy Rutkiewicz, miała uniwersalny wydźwięk. W
najszerszym wymiarze spektakl jest historią życia, którego każdy z
nas jest głównym bohaterem. Przed każdym z nas znajduje się
przecież nieunikniony moment dotarcia do miejsca, z którego nie ma
już powrotu. Będzie to jak ostatnie spojrzenie za siebie, przechodzenie
granicy światów w czasie, kiedy wszystko już się wydarzyło i gdzie
wszystko staje się jasne.

Bartek Kulas – reżyser spektaklu

Bartek Kulas – absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie oraz Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Reżyser, scenarzysta i animator. Twórca takich filmów, jak: PanoptikumErsatzCircus Maximus. Wielokrotny laureat polskich i zagranicznych festiwali filmowych (Krakowski Festiwal Filmowy, T-mobile Nowe Horyzonty, Anchorage, OFAFA, Anim’est i in.). Twórca teledysków Edyty Geppert, Renaty Przemyk, Katarzyny Groniec i in. Jego film Millhaven pokazano na ponad pięćdziesięciu festiwalach na całym świecie. Podobnie jak Tim Burton czy Terry Gilliam, Kulas pochodzi ze świata animacji. Korzysta z bogatej palety, jaką oferuje technologia – od efektów specjalnych, po animację 3D. Ostatnie 300 metrów to jego teatralny debiut.

 

Żyd – dodatek do rzeczywistości

Rozmowa z Andrzejem Błażewiczem – reżyserem „Żyda” Artura Pałygi i Pawłem Sablikiem – dramaturgiem

Paweł Sablik, Andrzej Błażewicz / fot. Piotr Kubic

– Zabrali się panowie za sztukę, która jak żaden inny polski tekst sceniczny podejmuje najgorętszy temat ostatnich tygodni, czyli temat wspólnej, trudnej – a przecież wielowiekowej – historii polskiego i żydowskiego narodu.

Paweł Sablik: Jesteśmy młodymi ludźmi, dla których np. Marzec ‘68 jest naprawdę historią z podręcznika, ale realizując Żyda, chcieliśmy te trudne tematy opowiedzieć właśnie z perspektywy osób urodzonych w latach 90-tych. Mając na uwadze i szanując wszelkie wskazówki, refleksje i podpowiedzi, którymi dzielili się z nami aktorzy podczas prób, chcemy zabrać głos pokoleniowy w tej sprawie. Nie możemy być obojętnymi w stosunku do dyskusji, która przetacza się przez Polskę.

Andrzej Błażewicz: Kiedy opowiadałem, nad czym pracuję, wielu znajomych pytało: dlaczego ten tekst, ten temat? Tym pytaniom towarzyszyła zazwyczaj konstatacja, że przecież ów problem został tysiące razy przepracowany i już wszyscy wszystko wiedzą. Z naszej – mojej – perspektywy to założenie jest fałszywe. Zwłaszcza jeżeli myślę o równolatkach. Być może nasi rodzice dysponują narzędziami do tego, aby świadomie rozmawiać o Zagładzie. Niestety dla młodych takie hasła jak Auschwitz i Holokaust to tylko mętne pojęcia, które niewiele znaczą. Są często jedynie dodatkiem do rzeczywistości szkolnej wycieczki do Krakowa i okolic. Giną gdzieś między Wawelem a Wieliczką. Nie wspominając o trudnej historii powojennej: sytuacjach, które dziś nie poddają się jednoznacznej ocenie moralnej ze względu na różne czynniki, wybrakowane relacje świadków czy niekompletne źródła historyczne. By przywołać tylko dyskusje wokół Jedwabnego czy pogromu kieleckiego.

PS: Wyszliśmy z założenia, że nasz Żyd nie ma być żadną umoralniającą i edukującą sztuką. Ma skłaniać do refleksji, ewentualnie zachęcić do poznania przynajmniej jakiejś części historii.

AB: Młody człowiek, nawet jeśli nie chce samodzielne konstruować swojej świadomości historycznej, jest zanurzony w wielu narracjach, które są mu dane jako pewien pakiet uproszczeń, gotowych schematów. Zależy nam na tym, żeby po Żydzie widz – nawet jeżeli wewnętrznie sprzeciwi się spektaklowi – postarał się skonfrontować z problemami, tematami, o których może usłyszał po raz pierwszy.

Od lewej: Paweł Sanakiewicz, Michał Kościuk, Małgorzata Piskorz, Wojciech Leonowicz, Dariusz Starczewski / fot. Piotr Kubic

– Artur Pałyga napisał ten dramat, opierając się na zabiegu sportretowania myślących stereotypami, szablonowych nauczycieli.

AB: Pod wpływem prób i pieczołowitej dramaturgicznej pracy Pawła bardzo mocno zaingerowaliśmy w pierwotny tekst. Wciągnęliśmy sztukę Pałygi w rejony, które nie były początkowo oczywiste. Nie chcieliśmy kompromitować bohaterów, lecz ich uwiarygodnić, by słowa padające ze sceny nie były jedynie łatwo identyfikowalnym żartem, ale zabrzmiały niebezpiecznie znajomo i prawdziwie.

PS: Podjęliśmy decyzję, że nie będziemy zacnego grona pedagogicznego ośmieszać, dlatego ściągnęliśmy z postaci pewne elementy farsowe, pozostawiając zabawnymi konkretne sytuacje, które pracują na drugą część spektaklu. Zależało mi – jako dramaturgowi – by bohaterowie byli ludźmi z krwi i kości: i mądrzy ,i śmieszni, głupi i poszukujący, zagubieni i potrzebujący.

– Mówią panowie: „my”, „postanowiliśmy”, podjęlibyśmy się”. Od kiedy tworzą panowie twórczy tandem?

AB: Mit założycielski naszego duetu jest taki, że poznaliśmy się podczas konsultacji przed egzaminami do Akademii Teatralnej. Rozjechaliśmy się do domów, a potem spotkaliśmy pierwszego dnia roku akademickiego. Jesteśmy na tym samym roku, w tej samej grupie; ja studiuję reżyserię, a Paweł specjalizację dramaturgiczną. Połączyło nas podobne patrzenie na szczerość w teatrze, szczerość wobec widza i wobec siebie oraz sztuki, którą chcemy razem tworzyć.

PW: Interesuje nas świat, który niesie ze sobą metaforę i pogłębione postrzeganie różnych zagadnień. Mnie dodatkowo pociągają rzeczy ostre i dotkliwe, historie, które ocierają się o teatr polityczny. To wbrew pozorom nie wyklucza tego, co powiedział Andrzej. Ta moja perspektywa jest inną ścieżką dochodzenia do wspólnego autentyzmu w sztuce.

AB: Wzajemne zaufanie, jakim się darzymy, pozwala nam na swobodny podział obowiązków w pracy przy spektaklu.

– Są panowie bardzo młodymi twórcami teatralnymi. Mam wrażenie, że praca nad Żydem – poza oczywistą robota reżyserską i dramaturgiczną – jest też dla panów czasem poznawania wszelkich aspektów teatralnej machiny.

AB: Studiowanie w krakowskiej Akademii Teatralnej nauczyło nas, że trzeba umieć walczyć o swoje. Prace egzaminacyjne to często partyzantka w której musisz ogarnąć milion rzeczy naraz. Tutaj – w Teatrze Bagatela – mamy zapewniony pełen komfort pracy. Nieoceniona pomoc Magdy Gródek, czyli asystentki i inspicjentki spektaklu, pozwoliła nam skupić się na twórczej pracy. Obdarzono nas, bądź co bądź prawie debiutantów, bardzo dużym zaufaniem.

PS: Nikt nachalnie nas za rękę nie prowadził, ale na wsparcie mogliśmy liczyć z każdej strony.
Czego nauczyli się panowie podczas pracy z kolegami?

AB: Trzeba słuchać, rozmawiać, analizować i nazywać . W efekcie ci, którzy u zarania pracy byli nastawieni i do tekstu, i do całego spektaklu sceptycznie, stali się naszymi sojusznikami. To dla nas niewątpliwy sukces.

rozmawiała Magdalena Musialik-Furdyna

Piotr Różański – Nie mam czasu żałować

– Mikoszówka, w której się pan urodził, jest bardzo daleko od Krakowa.

– Oj daleko. To Pojezierze Augustowskie. Mikoszówka jest uroczym miejscem położonym nad Kanałem Augustowskim. Wracam tam co roku na spływ kajakowy.

– I w tej niewielkiej Mikoszówce zapragnął pan zostać aktorem?

fot. Piotr Kubic
Piotr Różański jaki Grabarz w Hamlecie, reż. M. Sobociński, 2010

– A gdzie tam. W ogóle nie myślałem o takim zawodzie – aktor. W Augustowie, do którego wraz z rodziną przeprowadziliśmy się, kiedy miałem siedem lat, ukończyłem pięcioletnie Liceum Pedagogiczne. Tego rodzaju licea wówczas uprawniały do podjęcia zawodowej pracy. Proszę pamiętać, że to były lata powojenne i nauczyciele byli bardzo potrzebni. W naszym liceum uczyli świetni profesorowie, absolwenci Uniwersytetu Lwowskiego i Wileńskiego, którzy do Augustowa trafili po wojnie. Ich erudycja i ogromna wiedza dawały nam solidne podstawy edukacyjne. W liceum także poza standardową nauką mieliśmy zajęcia z chóru, był prowadzony też zespół taneczny i teatralny, bo nauczyciel miał być wszechstronnie wykształcony.

W tamtych czasach po ukończeniu szkoły obowiązywał nakaz pracy. Trochę obawiałem się, że mogę wylądować Bóg wie, jak daleko, w jakiejś małej szkółce. A w Augustowie, w Powiatowym Domu Kultury, był wakat instruktora artystycznego. Ponieważ w mieście jako licealista występowałem z chórami szkolnymi i zespołami tanecznymi, trochę się komuś rzuciłem w oczy. W związku z tym Powiatowy Dom Kultury wystąpił z prośbą do kuratorium, by mnie skierować do pracy właśnie u nich jako instruktora. Pracowałem tam dwa lata, a potem czekało, mnie wojsko, do którego oczywiście nie chciałem iść. A od wojska „reklamowało” podjęcie studiów. Nie bardzo wiedziałem, na jakie to studia zdawać. Trochę już byłem rozleniwiony tą „artystyczną” pracą w domu kultury i nie bardzo miałem pomysł na siebie. Zupełnie przypadkiem ktoś podsunął myśl o szkole teatralnej.

Parę wierszyków umiałem, coś tam zaśpiewać potrafiłem, po liceum wiedzę teoretyczną posiadałem, no to pojechałem do Warszawy. I tak jakoś się dostałem do warszawskiej Szkoły Teatralnej.

Mateusz, Bieryt, Piotr Różański i Jakub Bohosiewicz w spektaklu „Cesarz Kaligula” w reżyserii Ingmara Villqista, 2017 r.

– Za pierwszym razem?

– Ano za pierwszym. I muszę powiedzieć, że ja pewnie wówczas nawet nie bardzo wiedziałem, że jest na przykład Szkoła Teatralna w Krakowie. Rejterowałem przed wojskiem i rejterada była udana. To było najważniejsze.

Nigdy, ani wtedy ani dziś, nie czułem się nawiedzonym artystą. Zresztą wówczas ta szkoła w żaden sposób nie uprawniała, by tak się czuć. To była wybitna szkoła zawodu, bo aktor to był zawód, a nie misja. Miałem umieć robić określone rzeczy, miałem po prostu nauczyć się rzemiosła. Uczono nas wiedzieć; co to jest scena i jak się na niej zachować.

To, czy student jest „artystą” par exellence, czy tylko będzie wykonywał zawód w sposób „techniczny”, było sprawą każdego z osobna. Artyzmu nikomu do głowy i duszy się nie wleje.

– Pięćdziesiąt lat na scenie to piękny jubileusz.

– Nie wiem. Jak tego nie czuję. Nie pamiętam. Nie żyję tym. Przeszło, minęło. Mnie interesuje to, co jest dzisiaj.

fot. Piotr Kubic
Bogdan Grzybowicz, Piotr Różański i Wojciech Leonowicz w „Procesie”, w reż. Waldemara Śmigasiewicza, październik 2008

– Myślę, że dlatego pan tak to postrzega, bo cały czas pan pracuje. Nieledwie miesiąc temu była premiera „Mefista” Klausa Manna w reżyserii Michała Kotańskiego, w którym pan gra. Poza tym tytułem można pana zobaczyć jeszcze w siedmiu innych sztukach wystawianych w Bagateli. Ich rozpiętość gatunkowa jest niebywała: szekspirowski i czechowowski dramat, angielska farsa, spektakl dla dzieci i niemiecka tragifarsa.

– To fajna sprawa ten płodozmian i wielość ról w moim wieku. Pewnie dlatego nie czuję specjalnie tego jubileuszu. Oczywiście, że doświadczam, zwłaszcza fizycznych, ograniczeń, ale nie są one na tyle intensywne, by utrudniały mi w wykonywaniu zawodu. Na pewno moja umysłowa kondycja jest zadowalająca i stąd wciąż jestem, że tak to określę, „w dużej robocie”. To mi daje niesłychaną energię.

– Trochę pan czaruje tymi ograniczeniami fizycznymi. Szczupły, wysportowany, sprawny. Zna pan wielu siedemdziesięcioparolatków w takiej formie?

– Tak się zdarzyło. Na tym pewnie też polega trochę mojego dzisiejszego aktorskiego szczęścia. Ponieważ reżyserzy wiedzą, że jak na swoje lata jestem sprawnym mężczyzną, skrzętnie to wykorzystują w spektaklach. Potem mną koledzy poniewierają po deskach na przykład w takim „Hamlecie”.

fot. Piotr Kubic
Marek Litewka, Piotr Różański, Jan Szurmiej i Krzysztof Bohenek podczas próby spektaklu „Skrzypek na dachu” w reżyserii Jana Szurmieja, kwiecień 2003

Myślę, że na tę moją – ogólnie rzecz ujmując – niezłą kondycję wpływa to, że po pierwsze czuję się potrzebny, a po drugie, że w pracy spotykam wyłącznie młodych ludzi, od których mogę czerpać energię. Nie rozmawiam o chorobach, nie rozmawiam o żadnych starczych rzeczach. Wciąż staram się z przyjaciółmi mówić o tym, co jest dziś i co jest do zrobienia jutro. Owszem, odpuszczam już teraz bankieciki. Chciałoby się posiedzieć, ale znając konsekwencje dnia następnego, wolę zniknąć odpowiednio wcześniej, choć kaca nie miewam z natury rzeczy.

– Lubi pan swoją jedną z pierwszych ról – ChopKaw iwaszkiewiczowskim „Lecie w Nohant”.

– Premiera „Lata” miała miejsce w 1968 roku w teatrze w Słupsku, do którego zawędrowałem po szkole teatralnej namówiony przez cudownego Andrzeja Ziembińskiego. Reżyserował tę sztukę Jerzy Burski. To był bardzo dobry spektakl, a mnie zdaje się, że udało się zagrać interesującą rolę. Chyba dosyć sugestywnie, bo jedna ze studentek, która pisała pracę magisterską o muzyce Chopina, podesłała mi ją do zrecenzowania. Nie wiem, czy uwierzyła, że jestem Fryderykiem, czy w ten sposób chciała na siebie zwrócić uwagę? W każdym razie opowiadam tę historię, by oddać atmosferę, jaka panowała wokół tego przedstawienia. Byłem wtedy bardzo młody, a sukces „Lata” utwierdził mnie, że dobrze zrobiłem, ucząc się tego zawodu.

– Po Słupsku przyszedł czas na Katowice.

– Z Katowic mam same kapitalne wspomnienia, które można podsumować w ten sposób: bardzo dużo ciekawych ról i intensywnej pracy. Teatr Śląski zawsze będzie miał szczególne miejsce w moim sercu. Te dobre wspomnienia zawdzięczam i dyrektorowi Górkiewiczowi, i temu, że poznałem w Katowicach moją koleżankę, a do dziś serdeczną przyjaciółkę, Alę Kobielską, oraz temu, że zobaczyłem, jak teatr tworzą nie tylko aktorzy i reżyserzy, ale również zespół techniczny. Akurat ten w Katowicach cały pochodził ze Lwowa. Ci ludzie znali doskonale teatr, wiedzieli, czym się go je, a był on dla nich istotnym współpartnerem. Techniczni w Śląskim przygotowali mi godne przyjęcie. Na starannie zaścielonym gazetami stole pojawiła się masa alkoholu. To był piękny gest, który tkwi mi do dzisiaj w pamięci.

fot. Piotr Kubic
Z próby spektaklu „Ślub” W. Gombrowicza w reżyserii W. Śmigasiewicza, kwiecień 2003, Alicja Kobielska, Tomasz Kot, Piotr Różański

– À propos pamięci, zdarzyło się panu zapomnieć, ale tak straaaasznie zapomnieć tekstu na scenie?

– Tak. Katowice. Fredro. Zostałem poproszony o zastępstwo Gustawa w „Ślubach panieńskich”. Pierwsza scena z Radostem, wracam niby z birbantki, poszły już pierwsze teksty i w pewnym momencie: dziura. Ale tak absolutna dziura, że wiem, że nic mnie nie uratuje.

fot. Piotr Kubic
Piotr Różański i Magda Grąziowska w spektaklu „Żeby cię lepiej zjeść” w reż. Piotra Waligórskiego

Tadek Szaniecki, z którym występowałem w tej scenie, próbuje mi podpowiedzieć tekst, ale ja w ogóle nie chcę tego słyszeć, co on mi tam szepcze. Schodzę ze sceny. Jak wszedłem, tak wychodzę w połowie sceny. Tadek trzyma mnie za kostium, żebym nie wyszedł, prawie się ze mną szarpie. Wydawało mi się – jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – że trwa to całymi latami. A potem nagle wszystko z powrotem zaskoczyło i zaczęliśmy grać. Spoceni byliśmy obaj.

Ksiądz wybrany, też kibic – spektakl „My w finale 2014”, reż. I. Jera

– W Teatrze Bagatela gra pan 41 lat.

– Już tyle?! Właściwie nie zauważyłem, że to taki szmat czasu. Może dlatego, że wciąż tu się coś dzieje? Ciągle dzieją się nowe rzeczy, i nowi dyrektorzy, i nowi reżyserzy, coraz to nowe role, nowi koledzy… Nie podejrzewam, że aktor może się nudzić w teatrze. Nie ma na to czasu. W teatrze jest zawsze piękny czas.

– Żałuje pan czegoś?

– Jest parę rzeczy, które mnie ominęły, ale nie mam o to do nikogo pretensji. Sam sobie to spartoliłem. Co? To zostanie moją słodką tajemnicą. Ewentualnie mogłoby coś być inaczej, ale też nie jestem pewien, czy by było lepiej. Chwała Bogu, nigdy nie miałem czasu na żałowanie.

Rozmawiała Magdalena Musialik – Furdyna

fot. Piotr Kubic
Karolina Chapko, Piotr Różański, Ewelina Starejki w spektaklu „Lot nad kukułczym gniazdem”, reż. Ingmar Villqist

 

W 2019 roku minie 55 lat kariery artystycznej Piotra Różańskiego, aktora, który od 1974 związany jest z Teatrem Bagatela. Absolwent warszawskiej PWST, na swoim koncie ma około dziewięćdziesiąt ról teatralnych, nie licząc występów w filmie i telewizji.

Więcej informacji:

https://www.bagatela.pl/aktor/piotr-rozanski